Royal Shakespeare Company, Stratford-upon-Avon
Na ten spektakl pojechałam przede wszystkim dla Marka Gatissa. Po jego wcześniejszych rolach teatralnych trudno było mi wyobrazić sobie, że mógłby mnie jeszcze czymś zaskoczyć. W
Szaleństwie króla Jerzego, które oglądałam w transmisji kinowej, stworzył kreację totalną. Tu nawet najdrobniejsze gesty, ruch dłoni czy palców u stóp stawały się elementem opowieści o pogrążającym się w szaleństwie królu. Później dwukrotnie widziałam go na żywo w
The Motive and the Cue, gdzie z niezwykłą precyzją i czułością sportretował Johna Gielguda. Wydawało się, że znam już pełnię jego możliwości. Myliłam się.
Jego Arturo Ui to kolejna wybitna kreacja. Gatiss prowadzi bohatera od groteskowego, chwilami wręcz komicznego gangstera do bezwzględnego dyktatora, a przemiana dokonuje się niemal niezauważalnie. Właśnie w tej pozornej płynności tkwi największa siła jego interpretacji. Śmiech powoli ustępuje miejsca niepokojowi, aż w finale pozostaje już tylko chłód. Ostatnie słowa Ui wywołują ciarki i zostają z widzem długo po opuszczeniu teatru.
To zresztą jedna z największych zalet inscenizacji Seána Linnena. Brechtowska satyra zachowuje tu swoją przewrotną lekkość, ale pod powierzchnią znakomitej rozrywki stopniowo narasta niepokój. Spektakl uwodzi tempem i humorem, bezustannie puszcza oko do publiczności, by chwilę później uderzyć z pełną siłą. Ta pozorna lekkość sprawia, że prowokacyjny tekst wybrzmiewa jeszcze mocniej, nieustannie stawiając pytania o mechanizmy, które prowadzą do narodzin autorytaryzmu. W świecie, w którym coraz częściej obserwujemy przywódców flirtujących z niebezpieczną polityką, ta opowieść nabiera szczególnie niepokojącej aktualności.
Ogromną rolę odgrywa również forma. Muzyka Placebo doskonale buduje atmosferę, sceny płynnie przechodzą jedna w drugą, a dynamiczna inscenizacja ani na moment nie traci rytmu. Zespół aktorski działa jak doskonale naoliwiona maszyna. Szczególnie zapadli mi w pamięć Mawaan Rizwan i Kadiff Kirwan, którzy świetnie odnajdują się w balansowaniu między farsą a grozą.
Miałam szczęście oglądać ostatni spektakl grany pod dachem Royal Shakespeare Company. Na widowni zasiedli twórcy przedstawienia, przyjaciele zespołu i znani aktorzy, wśród nich Ben Whishaw. Atmosfera była wyjątkowa; czuło się, że to wieczór szczególny zarówno dla artystów, jak i publiczności. Trudno było nie ulec tej energii.
Pozostaje mieć nadzieję, że
The Resistible Rise of Arturo Ui trafi do Londynu. To spektakl, który chciałabym przeżyć jeszcze raz. Nie tylko dla kolejnej okazji zobaczenia Marka Gatissa w jednej z najlepszych ról jego kariery, ale przede wszystkim dlatego, że jest to teatr, który jednocześnie zachwyca i nie daje o sobie zapomnieć.